Komentarz powyborczy.

Mamy już za sobą drugą turę wyborów, więc można sie pokusić o kilka słów komentarza. Kampania wyborcza była chyba najnudniejszą w historii III RP, zwłaszcza pierwsza tura, gdzie widać było jak na dłoni całą farsę demokracji w Polsce. Wszystkie media zgodnie dawały wyborcom do zrozumienia, że  mają wybierać jednego z dwóch wskazanych im kandydatów, reprezentujących niemal identyczne poglądy. Róznice "ideowe" pomiędzy lansowanymi kandydatami sprowadzały się chyba głównie do tego, że jeden w wiekszym stopniu reprezentuje interes Niemiec a drugi interesy lobby pewnej mniejszości międzynarodowej, wysuwającej miliardowe roszczenia pod adresem naszego kraju.

Znacznie ciekawsza była natomiast druga tura, gdy Jarosław Kaczyński (-polityk zawsze podający się za reprezentanta polskiej prawic) i Bronisław Komorowski (przedstawiciel partii odwołującej się do liberalizmu i wolności gospodarczej) licytowali się, któremu z nich bliżej programowo do postkomunistów. Nawet Bareja nie napisałby chyba scenariusza, w którym Jarosław Kaczyński wychwala Edwarda Gierka jako patriotę a "liberał" Komorowski kupuje sobie poparcie Urbana, Kwasniewskiego i Cimoszewicza w zamian za stołek prezesa Narodowego Banku Polskiego dla byłego działacza PZPR. Doprawdy, trudno zrozumieć motywację, jaką kierowali się wyborcy obu kandydatów... Przecież, gdyby kierowali się logiką, to powinni zagłosować na Olejniczaka, bo lepszy komunista prawdziwy, niż farbowany!

W tych okolicznościach zaskakująco niski był wynik osiągnięty przez kandydata WiP, Janusza Korwin-Mikkego. Biorąc pod uwagę, że wszyscy pozostali kandydaci prezentowali poglądy skrajnie lewicowe, wyborcy o poglądach konserwatywnych i wolnorynkowych mieli do wyboru: albo głosować na Korwin-Mikkego albo nie głosować. Jak widać, woleli zostać w domach... Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to plon wcześniejszych jego wystapień, w których bronił przywilejów emerytalnych pracowników komunistycznego aparatu represji (SB i UB) jak też innych skandalicznych zachowań i nieodpowiedzialnych wypowiedzi.

Na wynik wyborów prezydenckich warto spojrzeć z dwóch punktów widzenia:

1. Co zwycięstwo Komorowskiego oznacza dla Polski?

2. Co oznacza dla UPR?

Dla Polski nie ma chyba większego znaczenia, czy na jej szkodę  działa kandydat PiS czy PO, bo cóż to za różnica, czy np. traktat oznaczający utratę suwerenności podpisuje Kaczyński czy Komorowski? -Żadna. Wystarczy przeanalizować przeszłość obu kandydatów, oraz środowisk z których się wywodzą i ich polityczny dorobek, żeby pozbyć się cienia wątpliwości, że obaj stanowią poważne zagrożenie dla Polski. Dość często podnoszony jest argument (chyba jedyny, którym kierowali się wyborczy J.Kaczyńskiego), że zwycięstwo Komorowskiego oznacza pełnię władzy w rękach PO. Argument to raczej marny, bo przecież, przez skrajną nieodpowiedzialność ekipy Lecha Kaczyńskiego, Platforma zdobyła pełnię władzy już w dniu katastrofy samolotu w Smoleńsku -i wszelkie kluczowe dla nich sprawy (np. IPN, raport dot. WSI, kierownictwo służb specjalnych i mediów) załatwili na długo przed wyborami. Dziś nawet gdyby Kaczyński wygrał, to byłby tylko polityczną marionetką pozbawioną jakiegokolwiek wpływu na politykę. Ważny jest natomiast inny aspekt. Otóż, Platforma, mając pełnię władzy nie będzie mogła wykpić się od odpowiedzialności za efekty swoich rządów tłumaczeniem, że kolejne niepowodzenia, to wina prezydenta (-tak jak to robił dotychczas Tusk, wmawiając narodowi, że sprawcą zła wszelkiego jest Lech Kaczyński). Paradoksalnie, jest to dla PO sytuacja bardzo niekonfrontowa, bo wyborcy i opozycja będą teraz domagać się realizacji obietnic wyborczych (kompletnie nieralnych do spełnienia!). Grozi to błyskawiczną kompromitacją i lawinowym spadkiem poparcia dla PO...

Platforma od początku swego istnienia starała się "zagospodarować" elektorat wolnorynkowy, głosząc potrzebę ograniczenia fiskalizmu i odbiurokratyzowania gospodarki. Wielu wyborców, zwłaszcza młodych,  dawało się nabrać na tą obłudę i w tym kontekście  trzeba uznać za niewątpliwy pozytyw fakt, że partia Tuska odkryła wreszcie swe prawdziwe oblicze: -twarze Urbana, Cimoszewicza i Kwaśniewskiego. W tej sytuacji, chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie poprze już Platformy w nadziei, że będzie ona realizowała reformy wolnorynkowe czy politykę przyjazną przedsiębiorcom!

Kolejny raz życie pokazało, że dla Unii Polityki Realnej nie ma alternatywy na polskiej scenie politycznej...

 

Andrzej T. Jędrzejewski

Prezes Okręgu Podlaskiego